Pamiętnik z wyprawy - Nepal, część 22/25

21/06/2017

Niedziela, ok. 6:30. Wstałem i poszedłem patrzeć jak pani przygotowuje mi coś w stylu placka ziemniaczanego. Jadłem to wczoraj na obiad i było mega, mega dobre. Dziś zapragnąłem nauczyć się jak to robić. Jestem więc w kuchni, obserwuję i robię notaki:)

... po długiej wędrówce (ok. 5h) dotarłem do wsi Ghasa. Wieś nic ciekawego za sobą nie niosła, ale do czasu. Wziąłem ciepły prysznic i zmyłem z siebie trudy dzisiejszej wędrówki. Chwilę później poszedłem nad rzekę aby pomedytować. A jako, że niemal zawsze mam przy sobie aparat trafiłem idealnie. Zaszedłem do wsi kręcąc się pomiędzy wąskimi uliczkami. Tak kręcąc się pomiędzy chatkami, moją uwagę przykuło jedno z podwórek. Było tam ok. 15 kóz, dużych i małych. Zacząłem więc robić zdjęcia a po chwili zacząłem obserwować to co się dzieje. Nagle zauważyłem na co czekają miejscowi. Pod domkiem, jedna, stara koza własnie umierała. Jej kozioł był przywiązany dwa domu dalej i strasznie szalał, chcąc do niej przybyć. On czuł, że jego kozica umiera. Beczał przeraźliwie trzaskając rogami o dach. Kozica leżała niemal w bezruchu co rusz wydając ostatnie podrygi. Kozica umierała i nie było dla niej ratunku... Nawet muchy siadające na jej pysku jak na świeżym gównie też to czuły. Siedziałem wraz z czterema mężczyznami patrząc na to wszystko. Nawet się nie spodziewałem co za chwilę miało się stać. W pewnym momencie jeden z mężczyzn wziął nóż i metalową miskę. Czas było by skrócił cierpienia męczącej się kozy. Bez chwili namysłu spytałem najmłodszego z rodu czy mogę zrobić zdjęcia. Padło YES, na które szczerze czekałem i liczyłem. Zrobiłem mega zdjęcia na których widać jak mężczyźni z precyzją chirurgów obrabiają zwierzę. Przyglądali się temu wszyscy mieszkańcy domku, dzieci jadły kolację patrząc na to wszystko. Pozostałe kozy były obok i tylko co rusz jakaś zabłąkana zwierzyna przyszła popatrzeć z bliska co się dzieje. Obrazem marzenie dla fotografa, bardzo głęboki temat, życie i śmierć. Nie było w tym nic przeraźliwego czy złego. Nikt nie patrzył na to z obrzydzeniem. Nawet ja, osoba która nie lubi widoku krwi patrzyłem na to jak na idealną lekcję anatomii. Widziałem wszystko, oddzielanie skóry od ciała, widziałem wnętrzności a także to jak mężczyźni czyścili jelita zwierzęcia z resztek niestrawionego jedzenia. Było to takie naturalne i głębokie. Życie i śmierć. Widziałem jak Ci mężczyźni zagłębiali swoje dłonie w jeszcze ciepłych organach zwierzęcia. Boże jakie to było głębokie przeżycie.

To co Ci ludzie zrobili było takie humanitarne. Skrócili oni cierpienie tego biednego zwierzęcia a później obrobili jej ciało z dużym szacunkiem. Widziałem cały proces od A do Z. Dodam tylko, że byłem pod wrażeniem tego z jaką precyzją robili swoje ci mężczyźni. Czułem się jak obserwator sprawnie przeprowadzonej sekcji zwłok. Czymś niesamowitym było widzieć jak mężczyzna czyścił jelita przekładając je przez palce bez końca. Trwało to i trwało i nie miało końca. Niesamowite jak nasze ciało jest zbudowane.

Po tym niezwykłym wydarzeniu poszedłem dalej do wsi. Tam zrobiłem świetne zdjęcia dzieci, które bawiły się ludzikiem LEGO, który chwilę temu dostały ode mnie. Wspaniały dziś był dzień, cudowne widoki, niezapomniane sceny. Przedostatni dzień w himalajach był przepiękny. Jutro ostatni etap mojej wędrówki. Czeka mnie droga do Tatopani, skąd planuję pojechać następnego dnia do Pokhara. Swoją drogą słyszałem dzisiaj, że w Tatopani są gorące źródła z których można skorzystać:) Yupii:)Szczerze mówiąc to mam na to wielką ochotę po tych prawie 200km które już przeszedłem. te góry są przepiękne. Namaste:)

 

 

  

  

   

 

 

 

 

Please reload

Please reload

Please reload

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now