Karma wraca...

15/04/2018

Poniżej tekst który pisałem w piątek 13-ego w pociągu Pendolino relacji Warszawa-Katowice. Wracałem wtedy z biura i doświadczałem właśnie tego, jak karma może do nas wrócić. A może to było przez piątego 13-ego, sam nie wiem:)

 

"Wczoraj (czwartek) mieliśmy mega imprezę w nowym biurze. Parapetówka pełną parą jakiej jeszcze nie widziałem. Powiem szczerze, że takiego WOW to już dawno nie miałem na widok świetnie zaaranżowanej przestrzeni. Biuro pięknie przyozdobione rodem niczym z dobrych imprez psychodelicznych. Do tego Dj, alkohole, pyszne jedzenie i mnóstwo wyśmienitych gości, ale też i sytuacji. Melanż pełną parą, to też kocham:) Wystartowaliśmy o 19:00 i do 23:00 byliśmy w biurowcu a później imprezę przenieśliśmy do klubu Enklawa. "O co chodzi", pomyślałem w pewnym momencie patrząc na piętrze przez szybę loży VIP na tańczących. Przez ostatnie dwa miesiące „rekonwalescencji” po wypadku i siedzenia u mnie na wsi nie widziałem tylu ludzi co tutaj w ciągu jednej sekundy. Piłem szampana Moet którego ktoś zamówił a „pod moimi stopami” bawiła się horda młodych ludzi. Mój umysł tego nie ogarniał. Moje oczy i ciało było na miejscu obserwując to wszystko a moja dusza jakby była 350 km stąd, w górach, w moim domu... Upojony piwkiem, winem, prosseco, szampanem, wódką, whisky i innymi dobrodziejstwami, odgrywałem swój taniec z rękoma w kieszeni na parkiecie. Niestety nie mogę prawicą na razie zbytnio machać, stąd ręce musiałem trzymać blisko ciała. Na nosie fluorescencyjne okulary przeciwsłoneczne a pod nimi zamknięte oczy. Byłem w swoim raju, leciałem i było mi z tym bardzo dobrze...

 

W piątek obudził mnie poranny telefon. To była Ona. No tak, przecież kilka godzin wcześniej, w środku nocy napisałem jej, że marzę o tym, aby ją jak najszybciej usłyszeć. Stąd też zadzwoniła, budząc mnie...

 

Wstałem, wziąłem prysznic i opuściłem apartament. Pomimo tego, iż do apartamentu niedaleko starówki wróciłem ok. czwartej rano, czułem się wyśmienicie. No i czad, że z wieczora zostały mi okulary przeciwsłoneczne, których mogłem użyć. Szedłem przez park na metro, ptaki śpiewały a słońce świeciło. Ale pięknie, aż chce się żyć...

 

 

W biurze pojawiłem się chwilę po 11:00. Napiłem się mega giga afrykańskiej, świeżo zmielonej espersso z rewelacyjnego ekspresu Jura. Usiałem w pokoju chill out’u na czadersko wygodnym i designersko odjechanym fotelu. Popatrzyłem na żywą ścianę specjalnego mchu, ścianę z bambusów, wielkie okna oraz inne odjechane elementy i oszalałem. Jasny gwint, to biuro jest niesamowicie rewelacyjne. Przepiękne. I nie mówię tego bo zachwycam się jak debil „każdym źdźbłem trawy”, tylko stąd, że po prostu biuro Acer w chwili obecnej jest bez wątpienia nr 1 jeśli chodzi o design powierzchni biurowych firm IT. Jak dotąd najlepsze biuro widziałem kiedyś w Google, ale nasze ich zdecydowanie obecnie przebiło. Ilość roślin, bambusowe ściany, goły beton, żyjący mech na ścianie, podwieszane hamaki to jest to:)

 

I tak usiedliśmy wygodnie dyskutując jak można jeszcze bardziej wspiąć firmę Acer na wyżyny sprzedaży. Rozmowy o planach na przyszłość, przeplatały się z wieczornymi wspomnieniami. I tak lecimy gdy nagle ktoś zauważył, że na spotkaniu nie ma Filipa. A ponieważ Filip jest młodym pracownikiem Acer i dopiero jakiś m-c temu zakończył pracę u mnie zamieniając to na pełen etat w Acer, postanowiłem zrobić mu psikusa. Wiedziałem, że wieczór wcześniej solidnie dał w głowę, więc postanowiłem go wkręcić wysyłając mu kilka smsów.

 

 

W trakcie spotkania Tomi zamówił pizzę, którą po jakiejś godzinie do nas dojechała. Dotarł też Filip przepraszając wszystkich za spóźnienie. Jakież było ich zdziwienie, że się pojawił. No i śmiech, że go wkręciłem:)

 

Karma zaczęła wracać do mnie w taksówce na dworzec. Po jakimś kwadransie jazdy było już pewne, że się spóźnimy. FCK, następny pociąg będzie w Katowicach o 22:00 a nie jak ten o 19:00, kurde, słabo... Te trzy kwadranse w taksówce były dla mnie mega nerwowe. Wiedziałem, że to karma wraca za psikusa jaki zrobiłem dziś Filipowi. W końcu udało się dotrzeć, pociąg jeszcze nie dojechał, jest super:) Po chwili cały szczęśliwy z rzeszą innych podróżnych, zaczęliśmy zajmować swoje miejsca. Wagon 6, miejsce 36 przy oknie. Usiadłem, wyjmując książkę i ładowarkę do telefonu. W pewnym momencie przychodzi jakaś młoda dziewczyna i mówi, że to jej miejsce. Ale jak jej, jak jestem pewny, że to moje. OK, faktycznie, oboje mamy takie same miejsca, ale numer. Niech pani sobie usiądzie tutaj, ja siądę obok, nie ma problemu. Pociąg wystartował a ja patrzę na mój bilet i datę wyjazdu. Był tam dzień 11.04 zamiast 13.04. FCK, piątek 13-ego + karma, kurde co teraz... Jakiś inny podróżny powiedział, niech Pan lepiej wysiądzie na następnej stacji bo kara w Pendolino za brak biletu to bagatela 600 zł. Czym szybciej więc poszedłem do konduktora wyjaśniając całą sytuację. Musiałem zakupić nowy bilet plus dokonać dodatkowej opłaty w kwocie bagatela 130 zł. Tamtym biletem raczej mogę sobie podetrzeć pewna część ciała i to tylko w przypadku gdy był on wydrukowany na odpowiednim do tego papierze, ale cóż. To była moja karma w piątek 13-ego za robienie psikusów innym.

Śmieszne było to, że w kolejnym wagonie spotkałem Panią, która miała podobną sytuację, tyle, że tak jak ja kupiłem bilet na dwa dni do tyłu, tak ona na dwa dni do przodu. Buhahaha, piątek 13-ego, albo i do niej karma też wróciła:)

 

Gdy zadzwoniłem do znajomej, aby opowiedzieć jej moją sytuację ona pochwaliła się podobną z kinem. Wtedy jednak wpuścili ją na ten bilet co skwitowała "głupi ma zawsze szczęście". Śmiałem się z tego, bo mi takie sytuacje się mega rzadko przytrafiają i generalnie cały czas mam szczęście. Czyżbym powinien nosić więc zaszczytny tytuł "idioty roku":)

 

ps. w pewnym momencie słyszałem jak przez telefon rozmawiała Pani, która miała bilet na dwa dni do przodu. Mówiła ona komuś zdenerwowana całą sytuacją „Pan tutaj siedzi szczęśliwy i się uśmiecha a ja się wkruwiam. Ja to chociaż mogę anulować ten bilet, ale ten Pan to już nic nie zrobi...”. No tak, nie mam w zwyczaju się wkurzać, ale za to lubię się śmiać, nawet z siebie, więc to też robię:)

ps2. w piątek 13-ego jeden z naszych kolegów zaliczył tez dzwona autem na parkingu przed biurem. Nie było to co prawda z jego winy, ale co pechowy dzień, to pechowy;)

update - ps3. tego samego dnia jak się dowiedziałem w poniedziałek nasz kolega trafil do szpitala na RTG bo mu coś rąbnęło w kręgosłupie:/ Mój pech w sumie z ich był najmniejszy;)

 

 

 

Please reload

Please reload

Please reload

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now